Jutro Mikołajki, niebawem Wigilia. Część z nas pewnie nerwowo
biega po sklepach poszukując ostatnich prezentowych drobiazgów. Ja
nie latam bo już dawno zrezygnowałam z najbardziej komercyjnej
części Świąt, na rzecz świętego spokoju :) Jednak zawsze o tej
porze zbiera mi się na wspominki... i tak się dzisiaj zastanawiałam
nad
najlepszym zdążeniem tego około świątecznego okresu. No i
mam!
Top One!
Wigilia jakieś 20 lat temu, plucha i słota, zamiast płatków
śniegu krople deszczu. Atmosfera raczej mało wzniosła, najlepsze
co można było zrobić w taki dzień to nie wychodzić z łóżka,
jednak tradycja zobowiązuje... Jak co Wigilia, człowiek się
nie stara, przygotowuje, robi listy, a i tak zawsze o czymś zapomni.
I tym razem zabrakło jakiegoś drobiazgu, po który Mama przed
południem wyszła na chwilę do warzywniaka. Jednak zamiast zakupów
do domu przyniosła małego pręgowanego kociaka. Puchaty tygrysek
niestety był bardzo zaniedbany i niedomagał na zdrowiu. Na
szczęście znalazłyśmy chętny nas przyjąć gabinet
weterynaryjny. Na nieszczęście znajdował się na drugim końcu
miasta i trzeba było czekać na Tatę by nas tam zawiózł. Prace
kuchenno- porządkowe samoistnie ustały na rzecz dopieszczania
znajdy.
Tato jednak nie podzielił naszego entuzjazmu z równym zapałem.
Zresztą co się dziwić skoro po powrocie z pracy miał w planie
uroczystą kolację, a nie wycieczki po mieście z "zapyziałym
sierściuchem"- jak określił kociaka. Od słowa do słowa i
zaczęła się mała wojna domowa... Nie mogąc już słuchać
Rodziców wzięłam kota pod pachę i oświadczyłam im, że skoro
"Jezusek dał nam w prezencie kotka to trzeba kotku pomóc z
okazji urodzin Jezuska"...
Dyskusji nie było wobec takich argumentów. Do tej pory nie wiem
skąd ja tego Jezuska wytrzasnęłam bo nigdy zbyt religijna nie
byłam, a Wigilia była dla mnie przede wszystkim okazją do
pochłonięcia dowolnej ilości barszczu z uszkami. Jakim cudem
rodzicie łyknęli ten słodziachny szantażyk tym bardziej nie wiem.
Lubię myśleć, że to właśnie był taki świąteczny cud, których
pełno w tym okresie telewizyjnych hitach.
Kolację zjedliśmy późnym wieczorem, za to w towarzystwie
nowego członka rodziny. I mimo, że Burasi już z nami nie ma, to na
zawsze będzie moim symbolem magii świąt.
A jakie jest Wasze najlepsze grudniowe wspomnienie?